Mógłbym zacząć ten wpis od jakże boomerskiego (a teraz chyba też millenialskiego): kiedyś to były czasy, teraz nie ma czasów. I w sumie to właśnie zrobiłem wspominając pewien etap polskiego internetu, który już niestety nie wróci, a bardzo bym chciał, żeby tak było.

Pewnego razu w Gdańsku

Była taka konferencja na której spotykali się twórcy internetowi. Głównie Ci piszący, bo YouTube już trochę tam pukał, trochę tam zaczynał się rozpędzać, ale jednak bloger to był ten ktoś do kogo się pójdzie z briefem na kampanię. Taki influencer ery internetu łupanego.

I to my, Ci którym się chciało pisać, ale niektórzy potrafili się też z sukcesem przebranżowić zatrzymując ekspercki sznyt (pierwszy rząd, widzę Cię Ewa vel Red Lipstick Monster). Szanowny autor też jest na tej fotce, to niczym Gdzie jest Wally, tylko trzeba znaleźć grubego metala.

Blog Forum Gdańsk, bo o tej konferencji mowa, to były dwa dni inspirujących spotkań, prelekcji, rozmów w kuluarach, ale też przygód zakrapianych alkoholem, nie zaprzeczam. Fajne to były czasy. I owszem teraz jest See Bloggers (chyba?), jakieś mniejsze spotkania, ale mam wrażenie, że większość twórców jest teraz okropnie samotna w tym co robi.

Bo gdzie teraz się spotykają? Jak gdzieś ich działalność skręci w dziwne rejony, to może na konferencji Fame MMA, ale tak to nie ma żadnej platformy do wymiany myśli, praktyk, poglądów.

Załóż TikToka i bądź celebrytą

Kurde, ja tu mam jakąś blokadę. I nie jest nią nawet mój „ryj nie w tamburyn”, bo na TikToku czy YouTube znajdziemy sporo ludzi mniej wyględnych, ale za to…

Właśnie jakich. Elokwentnych? Sprytnych? Bezczelnych? Udających głupich?

Trudno mi powiedzieć, bo często dowiadujemy się, że dzisiejsi influencerzy to 98% pozy na Instagramie i reżyserki w video, a naprawdę żyją zupełnie inaczej.

Wyjątkiem może być Książulo – tak musiałem wspomnieć – który w zalewie Frizów i innych Żugajek wydaje się naprawdę fajnym gościem, który po prostu zarabia na swojej pasji, jedzeniu.

Jego bym wrzucił praktycznie do tej samej kategorii co miłościwie nam panującego, cesarza Chorwacji i dobrego smaku, Roberta Makłowicza. Trudno tę dwójkę hejtować.

A innych? Trochę łatwiej kiedy albo okazuje się, że są bohaterami skandali albo produkty przez nich promowane są wątpliwej jakości i cały „influence” pryska.

Wiem, łatwo się krytykuje z tylnego rzędu. Ale też uważam, że mam w tym jakąś rolę. Pracuję w agencji, mogę odsiać przy współpracach tych twórców, którzy rzeczywiście stanowią jakąś wartość od tych, którzy nabijają zasięgi tanimi sposobami.

Pogoń, pogoń… za króliczkiem…

Tego screena wyżej znalazłem trochę przypadkiem, a jakoś mi pasuje do tekstu (pochodzi z artykułu na Donald.pl – o tego). Kogo tu widzimy, Gimpera, który walczy w patowalkach, na Plotek.pl pewnie znajdziemy z kilkadziesiąt wzmianek o jego życiu osobistym (i to niezbyt pochlebnych), a na dodatek lata temu znany był z bardzo dziwnych praktyk względem swojego community, gdzie praktycznie wymuszał pieniądze od dzieciaków, które chciały być w jego grupie na FB…

I komentarz Maćka „Człowieka Wargi” Dąbrowskiego, którego pomimo jajcarskiego contentu szanuję zawsze za trzeźwe spojrzenie na to co się dzieje w cyfrowej przestrzeni. I tenże komentarz w sumie też się odnosi do video Gimpera, rozumiecie, taka lekka influencerska incepcja.

Byle więcej odsłon, może wpadnie współpraca, z zawodu jestem jutuberem.

Trochę to się zapędziło w niebezpieczne rejony, gdzie merytoryki często trudno szukać. Owszem, są wciąż kanały na YouTube czy profile na TikToku, z których wylewa się wiedza, porady i po prostu wartościowy content. Tylko porównajmy sobie ich wyniki, zarobki czy rozpoznawalność do tych, których można wrzucić do worka „digitalowy jarmark”… No właśnie.

Szkoda mi trochę tych czasów, kiedy nawet specjalistyczny artykuł mógł wygenerować kilkanaście tysięcy odsłon. Tak, też jestem temu winien jako marketer, bo przecież firmy również dorzucają swoje do Google’a, a uwaga użytkownika się dzieli, a nie mnoży.

Może nastąpi przesyt video z fajerwerkami, dynamicznym montażem i chamskim contentem, czy zdjęć które są tą samą sweet focią tylko z innym tłem codziennie (pozdrawiam tych, którzy obserwowali pewien profil z Bogusławe Lindą). Tego sobie i Wam życzę. To był wywód człowieka, który ponad 13 lat temu założył bloga, bo chciał sobie umocnić CV.

Trochę bez puenty, ale może w Was obudzi też jakieś przemyślenia co do tego czym nas karmią content creatorzy. I ciekawa dyskusja się wywołała już po publikacji na moim profilu, zapraszam. I może to jest wpływowość jaką powinien generować content? Być może.

PS. Na koniec taka dawka nostalgii. Kto pamięta premierę, ten ma milion lat chyba.

Do następnego razu!


Jeśli spodobał Ci się ten wpis, to będę wdzięczny za postawienie mi wirtualnej kawy. To mnie zmotywuje do dalszego pisania.

Możesz także zapisać się na mój newsletter, w którym co tydzień prezentuję ciekawe marketingowe i digitalowe treści.

Dodaj komentarz

Trending